Jest pewien rodzaj samotności, o którym rzadko mówię w kontekście Satsangu.
Pojawia się gdzieś po drodze, kiedy naprawdę zaczynasz widzieć, że „ja”, za które brałeś siebie przez całe życie, nie jest nikim trwałym. Osoba okazuje się ruchem myśli, emocji, wspomnień, odczuć. Nie ma w niej żadnego stałego centrum.
Kiedy zobaczysz to naprawdę, nie możesz już do końca wrócić do dawnego sposobu przeżywania siebie i świata. Coś zostaje bezpowrotnie utracone. Wraz z iluzją oddzielenia znikają punkty odniesienia, które przez całe życie wydawały się oczywiste.
Ten moment bywa trudny, bo zaczynasz rozumieć, że świat być może nigdy cię nie zrozumie. I w pewnym sensie idzie się dalej samemu.
Jest w tym ogromna wolność, ale jest też strata…
Rozpoznanie naszej prawdziwej natury nie odbiera nam ludzkiej wrażliwości. Nadal tęsknimy. Nadal boli odejście kogoś, kogo kochamy, niezrozumienie, utrata bliskości. Czasami stary psychologiczny ból wraca zupełnie nieoczekiwanie. I być może będzie wracał do końca życia.
Nie ma w tym sprzeczności. Satsang nie czyni nas mniej ludzkimi. Życie nadal dotyka czułych miejsc, serce nadal może pękać, tylko coraz trudniej powiedzieć, czyje to jest serce…
A w tym pęknięciu odsłania się coś, co było i jest tutaj zawsze. Coś, czego nawet samotność nie potrafi oddzielić.
❤️

